Recenzje

Biały album – i co z tego?

Reklamowana i polecana jako zapis „wstrząsów i następstw lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych”, w której Autorka przywołuje spotkanie z Jimem Morrisonem i zbrodnię popełnioną przez grupę Mansona. Zabieram się do czytania (toż to „słynny” Biały Album) i po zakończeniu pierwszego rozdziału czuję pustkę. Pustkę, która nie opuszcza mnie aż do końca.

Nie mogę wydobyć z siebie zachwytu, żadnych ochów i achów. „Biały album” mnie – najmocniej za to przepraszam – zanudził. Nie było tu dla mnie nic ciekawego – przytaczane przez Didon postaci, anegdoty i miejsca były mi zupełnie obce i nie stawały się ani o cal bliższe. Ślęczenie przy googlu też nie pomagało. Zdania typu „Chciałam otworzyć i zamknąć bramę wlotową Clifton Court Forebay”, opis Posiadłości Gubernatora („w złocone lustro w bibliotece wkomponowane jest popiersie Szekspira”), Royal Hawaiian w Honolulu, czy Geetty (które „mogłoby zostać zamówione do filmu Christian Czarodziej”), wulgarne, „disneyowskie” i żydowskie, mające być pomnikiem sztuk pięknych, spływały po mnie jak po kaczce. Nie wiem (i prawdę mówiąc jest mi to obojętne), kim był Adlai Stevenson, Gary Fleischman, Sybil Brand, a kim James Albert Pike i inni), co nadzwyczajnego było  tym, że Nancy Reagan zrywała kwiaty w ogrodzie i co z tym wszystkim ma wielebny Theobold. Nie próbuję nawet odgadnąć, jakie przesłanie niesie wyliczanka filmów, które Didon widziała. Gubiłem się w niekończących się, pokracznych zdaniach („To stosunkowo rzadkie oczekiwania w ustaleniach między wyrażającym świadomą zgodę dorosłymi, natomiast nie u dzieci, i serce się kraje, kiedy czytamy o tych kobietach i ich nowym, wspaniałemu życiu.”), nie porywały mnie krytyczne analizy Autorki o ruchu feministycznym ani inne, o socjologicznym wydźwięku.

Nie zachwyciła mnie „kultowa”, nazywana „destylatem twórczości” Joan Didon, książka. Nie widzę w niej (książce) „przekraczania granic”, ani „otwierania nowych przestrzeni do myślenia”. Nie była dla mnie ani ciekawa, ani oryginalna, a z pewnością nie była inspirująca (a takie opinie o „Albumie” możecie znaleźć chociażby na insta). Być może wynika to z mojej niedostatecznej wrażliwości? Niewiedzy o tym, co działo się osiemdziesiąt lat w dalekim kraju za oceanem?

Wiem jedno – Pani Didon nie zagości u mnie na półce. I pewne będzie to moja strata.

Trudno.  

Total Page Visits: 452 - Today Page Visits: 1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *