Recenzje

„Nawiedziło mnie poczucie rozpoznania…”

„Nawiedziło mnie poczucie rozpoznania… oto było coś, co znałem przez całe życie, tylko że o tym nie wiedziałem…”

Sięgnąłem po „Las ożywionego mitu” nie dlatego, że urzekła mnie postać skulonej za powalonym pniem dziewczyny, zerkającej z trwogą na wychylającą się zza sosen monstrualną postać człowieka-dzika. Słyszałem trzask łamanych gałęzi i jego ryk, ponure i groźne „roarr”. Widziałem kołyszącą się na grubej, pokrytej szczeciną szyi głowę, przybraną straszliwymi rogami… Nie, to nie do końca w rysunku (skądinąd świetnym) rzecz, lecz w tytule, który intryguje tak samo, jak postać autora, Roberta Holdstocka (nie zamierzam jednak zanudzać czytelniczek i czytelników biografią niemalże nieznanego u nas pisarza; jedyne na co chcę zwrócić uwagę to fakt, iż Holdstocka czytać trzeba).

„Las ożywionego mitu” już od pierwszych stron osacza nas swoistą aurą, tajemnicą ukrytą za leśną ścianą. Steven, po zakończeniu działań wojennych, wraca do rodzinnego domu położonego gdzieś głęboko na prowincji, z dala od miast i ludzkich siedzib. Domu na w pół opuszczonego, a z pewnością zapuszczonego, domu w którym jedynym mieszkańcem jest brat bohatera, Chris. I dość szybko wiadomo, że „coś jest nie tak”. Okazuje się, że ojciec obu, niejaki George Huxley, owładnięty kompulsywnym pragnieniem poznania, badał las, który graniczy z posiadłością. Wreszcie, pochłonięty manią, poszukiwaniem kogoś lub czegoś, co kryło się w jego głębi, zniknął, zapadł się pod ziemię, zostawiając po sobie dziennik z na wpół powyrywanymi zeń kartami. Aby tego było mało, Chris zdaje się być zarażony tą samą obsesyjną chorobą, tym samym natręctwem, która zawładnęło starym Georgiem. Steven nie może porzucić narastającej w nim myśli, że wszystko co tajemne i dziwne, kryje się na podwórzu, niemal dotyka bryły domu. Las Ryhope, moi drodzy, wyuczył już nowego mieszkańca Oak Lodge…

I nie da mu zasnąć…

A czytajcie sobie sami, powinienem powiedzieć i na tym zakończyć recenzję. Już przecież napisałem, że książka jest świetna, prawda? A nie, nie, nie będzie tak łatwo. Bo „Las…”, tak jak na Stevena i Chrisa, wpłynął i na mnie. Bo to, co Holdstock wyczynia z tekstem i prowadzoną akcją, zasługuje na najwyższą pochwałę.

Czułem zapach lasu, tej specyficznej wilgoci, ziemi zroszonej deszczem, mchu i rozkładających się liści, zapachu ukrytego w cieniach dnia. Słyszałem szum i kołysanie się drzew, trzaski i ocieranie gałęzi o siebie, jedyne w swoim rodzaju pulsowanie, które przypomina bicie serca ale płynące gdzieś zza kotary czasu, pradawne. Dzięki literackim talentom Holdstocka Ryhope staje się czwartym bohaterem powieści. Jest jak pierścień Froda, cały czas towarzyszy nam w podróży, nie czyni, nie mówi nic, a wpływa na nas i bohaterów bardziej niż cokolwiek innego. I kryje w sobie tajemnicę, która jedynie pozornie jest wyjaśniona.

Wszystko to, co dzieje się w lesie, ociera się o magię, o ułudę, o szaleństwo. Im bardziej zanurzamy się w głąb, tym bardziej historia Stevena jest Waszą historią. Naprawdę (a w moim wypadku to ewenement, jakoś tak jestem skonstruowany, że nie straszne mi groza i czytanie o wyciu wilka w nocy) przechodziły mnie dreszcze, bo Holdstockowi udało się wykreować nie tylko rozbudowany ale niesamowicie mroczny świat, który ożywa wraz z każdą przerzucaną stroną jego powieści. Ponadto gdy wszystko zaczyna się rozjaśniać, wciąga bohaterów (a przy tym i nas) jeszcze bardziej w czeluść: las ożywa, próbuje wedrzeć się do domu Stevena i zawładnąć jego wolą. Pojawia się wówczas pochodząca z lasu kobieta, postać jak ze snu, a jednocześnie piekielnie realna, stworzona z mgły i wspomnień, pachnąca ziemią, dzika i nieokiełznana. I gdy wydawałoby, że już naprawdę więcej nie można, Holdstock znów zaskakuje: Ryhope to przechowalnia, to katalizator (więcej nie napiszę, bo nie chcę Wam odbierać przyjemności poznania), dzięki któremu to, co nierealne, staje się, tak jak książka przedłużeniem lasu, bramą, przez którą Ryhope przenika do naszego świata. Jak Steven, za którym podążamy coraz głębiej i dalej, dostrzegamy coś na krawędzi widzenia, co drażni nasze zmysły, zajmuje nasze myśli. Ale znika, gdy tylko popatrzymy w tamtym kierunku. Jednocześnie tkwi ciągle jak zadra, odczuwalne ale nadal nieuchwytne i nienamacalne…

Można „Las…” czytać na tyle sposobów, na ile starczy nam sił. I już samo to czyni z powieści księgę niezwykłą. Bo można wszystko uznać za urojenia, powidoki wojennych traum (pojawia się przecież postać zestrzelonego nad Francją pilota). Można czytać ją jako historię o szaleństwie i ozdrowieniu, nieustającej pogoni za czymś nierealnym (mitem? legendą?), o wiecznej tułaczce człowieka za mistyką, za czymś, co kiedyś było wśród nas, a teraz zginęło, pozostało jedynie w podświadomości i nocnych marach. Można również czytać „Las…” jako powieść ze zwykłą fantastyczną przygodą w tle. O bohaterze, który odrzuca to, co mu jest pisane, a jednocześnie wbrew sobie podąża ustaloną (przez kogo?) drogą i bez względu na to, jak bardzo będzie się wiercił, jak bardzo będzie chciał z niej zejść i tak na nią wróci, by na jej końcu spotkać swoje przeznaczenie. Zwrócicie uwagę, jakie postaci przepływają przez tę historię – i dzicy wojownicy, i rycerz, i wiedźma-szeptunka, są tu rzymskie ruiny, w których schronienie znajdują potrzebujący, święte gaje i druidzi. To kopalnia metafor, symboli i odnośników do dawnych wierzeń i mitów (rzymskich, celtyckich, arturiańskich i wielu, wielu innych), do dawno zapomnianego języka (Holdstrock naprawdę nas nie oszczędza). W ich zrozumieniu, poznawaniu i odczytywaniu wieloznaczeń ograniczyć Was może tylko wyobraźnia (czymże w ogóle jest Oak Lodge, a czym Ryhope?). Przewijająca się przez powieść, nieustająco zmieniająca się rzeka (będąca granicą albo mostem, barierą albo przejściem, łapaczem czasu, przedmiotów i ludzi itd.), którą bohaterowie a to przekraczają, a to idą wzdłuż jej brzegów, sama w sobie daje tysiące możliwości interpretacyjnych.

To także książka o czworokącie, miłości i pożądaniu. Niejednoznacznie posplątane drogi bohaterów łączy jedna kobieta, lecz czy Guiwenneth rzeczywiście istnieje? Może jest tylko wytworem wyobraźni? A jeśli to prawda, to czy coś w tym złego? Czy taki „twór” nie może… być? Ten wątek łączy się z postacią Georga Huxleya, człowieka zagubionego (także w znaczeniu filozoficznym), który dla mrzonki (jak się zdaje), a może w poszukiwaniu utraconej miłości (no właśnie!) lub dla przekroczenia bram zaświatów poświęca szczęście rodzinne. Wreszcie można doszukać się w „Lesie…” odwiecznej wojny dobra ze złem, konieczności stoczenia decydującej walki pomiędzy tym, który przyniesie „pokój w galaktyce” a niszczycielem, sprawcą początku końca.

A dla mnie to przede wszystkim książka o potędze wyobraźni, o niezmienności rozumianej jako potrzeba poszukiwania niezwykłości w otaczającym nas realizmie dnia. O tym, że ciągnie nas do obcowania z czymś dzikim, pochodzącym z najciemniejszej otchłani (lasu), do rytuałów i czarowników, prapoczątków religii, czegoś pierwotnego i pochodzącego z najczystszego źródła. O tym, co potajemnie drzemie w każdym z nas, o mitotworach, postaciach z dziecięcych legend i podań, stworzeniach ukrytych w opowieściach dziadków. O powrotach do czasów, gdy o świcie wznoszono dzięki do boga słońca, a nocą oddawano cześć księżycowi.

Mam nadzieję, że udało mi się oddać mój zachwyt „Lasem ożywionego mitu”. Holdstock stworzył wielowymiarową powieść, którą doświadczać można na dziesiątki sposobów. Życzę Wam abyście i Wy doznali poczucia rozpoznania. Czytajcie Holdstocka!

Książkę otrzymałem z portalu Sztukater.

Total Page Visits: 420 - Today Page Visits: 1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *