Ludzie

Batini

Nigdy nie schodź z głównej drogi! – upominała go wielokrotnie matka, kiedy wysyłała go do dziadka po orzechy. Dziś znów powtórzyła litanię przestróg, jakby chłopak wybierał się co najmniej do Ganelonu. – Idź prosto przed siebie i na nic się nie oglądaj. Rozumiesz?

– A śpiewać mogę, matko?

– Na Jedynego! Ty i te twoje przyśpiewki! – kobieta wywróciła oczami i pogładziła go po włosach.  – Śpiewaj synuś, śpiewaj – dodała już ciszej i wróciła do oskubywania gęsi z pierza. Przez otwarte drzwi ujrzała, jak wyszedł z zagrody i przez jabłoniowy sad zmierzał w kierunku pól. Był jej siódmym dzieckiem, czwartym i najmłodszym z chłopców. Jego bracia rośli silni i kłótliwi, byli tacy po ojcu. Chętni do pracy, zawsze do bijatyki, a jakże. Nie stronili od gorzałki, mimo iż niektórym wąs się dopiero sypał.

Ten zaś, odmieniec, od maleńkości inny, dziwny był. Oczami wodził wkoło, późno gadać zaczął i wyciągał ręce w górę, jakby chciał coś z nieba uchwycić. Coś zaczynał robić, po czym nagle przestawał i bez słowa szedł w pole dziury kopać albo ganiał motyle w przydomowym ogrodzie. Lubił przesiadywać w lesie, często nucił coś, mówił do siebie, a i śmiać się potrafił nie wiadomo z czego. Gdy wiosen dziewięć skończył, już cała wieś wiedziała, że żony to on sobie łatwo wśród swoich nie znajdzie.

Minął ostatnią miedzę i wkroczył w zarośla. Wpatrywał się co jakiś czas w niebo, zamykał oczy i szedł dalej. Czekał albo na to, że uderzy w jakiś konar, albo przewróci się o wystający korzeń. Nigdy jednak nic takiego mu się nie przytrafiło, jakby jakaś siła czuwała nad nim i chroniła przed krzywdą.  

Dziadek, ojciec matki, mieszkał w samotnym domku na niewielkiej polanie, wśród dębowego boru. Zamiast stawiania płotu, obsadził ją leszczyną, a ta rosła tak zapamiętale, że orzechów starczało dla wielu. Staruszek zatem obdarowywał nimi każdego, kto się u niego zjawił, nawet jeśli nie pochodził ze wsi. Uważał zresztą, że krzaki chronią jego chałupę przed piorunami, a jeśli ktoś z osady go o to poprosił, szykował dla pasterzy bydła kije leszczynowe, które miały chronić ich przed niebezpieczeństwem z nieba. Przyrządzał także napar z liści, młodych pędów i krzewiastych kotków, w którym kazał kąpać niemowlaki.

– Dziecię wymyte w wodzie z leszki, zawsze szczęście w miłości znajdzie – mawiał i bez pytania pozostawiał w domu oseska wiązki leszczynowych patyków, które kazał wieszać u powały lub nad ściennymi otworami. – Złe siły do dom nie wejdą, a gdy zimnica kogo tu napadnie, badylek taki do łoża trza schować i co trzy dni wymieniać. Chory niech nachucha na patyczek, a potem go na drogę wyrzuci, to zdrów prędko będzie.

Dziś, gdy chłopak szedł w stronę chatki, miał wrażenie, że matula celowo go tam wysłała. Orzechów naniósł kilkanaście dni temu i nie wiedział, dlaczego stały się jej tak nagle potrzebne. Wzruszył ramionami uznając, że lepiej wybrać się do dziadka, niż siedzieć w zagrodzie.

Głęboko wciągnął powietrze delektując się wilgotnym, leśnym zapachem. Przykucnął i zerwał kilka jagód, po czym natychmiast je zjadł. Językiem otarł mokre od soku usta.

Dotarł do rozwidlenia dróg – skręcająca w prawo ścieżka prowadziła w stronę pól należących do rodziny młynarza, drugą, prostą jak strzała i prowadzącą wśród lasu, doszedłby do celu swojej wyprawy. Jeszcze raz spojrzał w błękit nieba, poczuł promienie słońca na policzku i uznał, że czystym marnotrawstwem byłoby dalej iść wśród mroków kniei. Zdawał sobie sprawę z tego, że zajmie mu to więcej czasu, a mimo to zdecydował się skręcić w prawo.

Piosnka pojawiła się na jego ustach sama. Na początek były to tylko jakieś dźwięki, później pojawiły się słowa, pozornie tylko niepasujące do siebie. Wykrzykiwał je nazywając to, co widział.

– Buuk! Parampampam… Głóg! Parampampam! Jestem tuu! Wśród bzów! Kamieni w bród! Kupy smród! Parampampam! Idę tu! Jestem… poo-śród!

Wyszedł na skraj lasu i rozejrzał się. Przed nim rozciągały się zielone i złociste pola. Słońce zaczynało grzać coraz mocniej, więc radośnie, ciągle podśpiewując i strącając dłonią delikatne płatki maków, szybkim krokiem zaczął obchodzić bór.

– Słychać cię aż w sąsiedniej wsi – usłyszał nagle. Spojrzał przed siebie, bo aktualnie wpatrywał się w wystający poprzez dziurę w wytartych ciżemkach duży palec stopy. Dziewczyna siedziała na szarym głazie, który młynarz, jak opowiadano, wyciągał ze środka pola przez cztery dni, zaganiając do pomocy sześć wołów i aż kilkunastu parobków.

Stanął jak wryty. Nigdy wcześniej jej nie widział. Była starsza od niego i nie wyglądała jak zwykła chłopka. Wręcz przeciwnie, nosiła czarne, długie, bo sięgające aż kolan, skórzane, wiązane na rzemienie buty i obcisłe, równie ciemne spodnie. Krucze włosy związała w krótki kucyk, zaś szyję ukryła w wysokim kołnierzu wychodzącym ze smolistego serdaka. Przy wąskim pasku na biodrach przywiesiła niewielki nożyk schowany w pochwie przytroczonej srebrnymi ryfkami. Natomiast na dłoniach założone miała czarne rękawice z bardzo cienkiej skóry, co zdecydowanie świadczyło o jej wysokiej pozycji.

– Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy – powiedziała.

– Nie boję się – wydukał i od razu żałował, że wydobył z siebie taki słaby głos. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego i zeskoczyła na trawę.

– Jesteś z tamtej wsi, za lasem, prawda?

Przytaknął. Podeszła do niego i spojrzała mu prosto w oczy. Chłopak bardzo się zawstydził, bo dziewuchy rzadko z nim rozmawiały, a już z pewnością żadna nie zbliżała się do niego na tak niewielką odległość. Miała jasną cerę i szare, tajemnicze spojrzenie. Pachniała świeżo i tajemniczo.

Nieznajoma wciągnęła powietrze nosem. Wyglądała tak, jakby go obwąchiwała.

– Śmieszne – powiedziała chyba do siebie, po czym odwróciła się i jednym skokiem znalazła się znów na kamieniu.

– Co tu robisz, hę? – zapytał bardzo jej ciekawy.

– Czekam na ciebie, uwierzysz?

Zmieszał się i podrapał po uchu. Czuł, że pulsują mu nie tylko policzki.

– Nie, to na pewno pomyłka. Nie jestem nikim ważnym.

– A to, mój drogi, się jeszcze okaże. Trzymaj! – krzyknęła i rzuciła w jego stronę niewielki, błyszczący i czarny kamień. Chłopak na szczęście złapał go i uśmiechnął się do dziewczyny. Patrzyła na niego z zaciekawieniem. 

– Czujesz coś? – zapytała przechylając głowę. Bawiła się jednym z rzemyków, a brodę oparła na podniesionym kolanie. – Mrowienie w palcach?

– Nie, nic – odpowiedział zdziwiony takim pytaniem. – Skąd jesteś? Na mnie wołają…

– To rzeczywiście dziwne. Nigdy się nie myliłam! – dziewczyna zmarszczyła czoło. Wpatrywała się w niego najwyraźniej na coś czekając.

– A co to za kamień? Nigdy takiego nie widziałem.

– Nie uwierzyłbyś, gdybym ci powiedziała. Pochodzi stąd, ale jednocześnie z bardzo daleka. Naprawdę niczego nie odczuwasz?

Chłopak znów zaprzeczył. Kamień opalizował, był zaskakująco lekki i mimo, że przypominał spalone na węgiel drewienko, nie brudził dłoni. Potarł go palcem i wydawało mu się przez chwilę, że zadrżał, zagrzał się, ale wrażenie to zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.

– Szlag, szkoda było czasu – powiedziała cicho, po czym zeskoczyła z głazu wyciągając nóż z pochwy. Miał krótkie ostrze i srebrną rączkę z jakimiś rytami i zdobieniami.

– Co robisz? – zapytał cofając się o krok. Nieznajoma zbliżała się do niego szybko i najwyraźniej chciała go zaatakować. W tej samej chwili, gdy zdecydował się uciekać, rzucił w nią kamieniem. Jak inaczej mógłby się bronić?  

Zaczął biec pamiętając, że w takich sytuacjach nie wolno się odwracać. Zawsze można się potknąć o wystający korzeń, wpaść na kogoś albo po prostu uderzyć w ścianę domu, tak jak przytrafiło mu się to zeszłej zimy. Wtedy to synowie Olafa obrzucili go śniegiem i chcieli zedrzeć z niego kapotę, by wytarzać go w zaspie. Skończyło się guzem na czole i kupą śniegu za kołnierzem.

– Zatrzymaj się! – usłyszał i nagle poczuł, że coś go spowalnia i powoduje, że nie może wykonać nowego kroku. Przystanął wbrew swej woli i powoli odwrócił głowę.

Dziewczyna stała zaledwie kilkadziesiąt kroków dalej, bo tylko tyle zdążył przebiec. Nadal trzymała w ręku nożyk, ale wpatrywała się w coś ciemnego, znajdującego się na piaszczystej drodze. Był to kamień, którym chłopak w nią rzucił. Węgielek samoczynnie podskakiwał, drgał coraz intensywniej, aż wreszcie rozpadł się na kawałki. Te jednak nadal pulsowały rozbijając się na coraz mniejsze drobiny. Wreszcie, w miejscu gdzie leżały kruszyny, pozostał sam ciemny pył. Zaczął się unosić nad ziemią i rosnąć. Zamienił się w pęczniejącą ciemnością chmurę, która delikatnie wirowała.  

Chłopak zorientował się, że siła, która go zatrzymała, zwolniła swój chwyt. Ciekawość zwyciężyła jednak nad strachem przed nieznajomą. Postąpił o dwa kroki, by zobaczyć z bliska to, co rodziło się wewnątrz obłoku. Przez chwilę wydawało mu się, że widzi tam palce dłoni i ramię, zarys głowy i szyi, lecz kotłowisko ciągle się przemieniało.

Kiedy wśród chmury dostrzegł ślepia, czarne i wściekłe, znów ogarnęła go panika i rzucił się do ucieczki. Gnając co sił w nogach, pokonał resztę drogi przez pola i wbiegł do lasu. Dyszał ciężko, serce waliło mu jak oszalałe, ale jednak nie zwalniał kroku. Dotarł do rozwidlenia i natychmiast skręcił w ścieżkę prowadzącą w stronę domu dziadka. Wiedział, że jeśli będzie wystarczająco szybki, uda mu się schronić w jego wnętrzu.

Nagle, tuż za sobą, usłyszał szum. Początkowo wydawało mu się, że to zwykły wiatr pędzący wśród liści i traw, ale szmer zdecydowanie narastał i zbliżał się do niego. Wtedy na drodze ujrzał cień czegoś wielkiego, czegoś, co było tuż za nim. Zorientował się, że były to ogromne skrzydła i że to one wydawały ten hałas.

Obejrzał się. Widząc sylwetkę lecącej istoty, potknął się, upadł i przetoczył się lądując na plecach. W tej samej chwili na piersiach poczuł ogromny ciężar i coś, co raptownie wbiło się czymś ostrym w ramię i podbrzusze i głęboko go raniło. Jęknął z bólu, otworzył oczy i jedyne, co dostrzegł przed sobą, to błysk w mrocznym, nieludzkim i pełnym żarłoczności spojrzeniu. Potem nie widział i nie czuł już nic.

Dziewczyna stała kilkanaście kroków dalej. Oparła się o pień sosny i ze spokojem czekała, aż stworzenie nakarmi się mięsem i napoi świeżą krwią. Odwróciła wzrok nie mając ochoty oglądać, jak istota rozrywa ciało chłopaka, łapczywie zlizuje tryskającą z tętnicy krew, zaś jej pazury wbijają się w jego twarz i rozszarpują skórę. Pozostawał tylko nieznośny odgłos mlaskania i siorbania oraz uderzania chudego, owłosionego ogona o ziemię, ale do takich dźwięków była przyzwyczajona.

Nie chciała się do tego przyznać innym, ale zawsze uważała, że popełniają błąd wypuszczając kolejne sztuki i pozwalając im zabijać swych stwórców. Nie była pewna, czy zbyt je to nie rozzuchwala. Na razie jednak pilnowały się, a raczej, jak powinna pomyśleć, to on je potrafił upilnować.

Gdy uczta się zakończyła, klasnęła w dłonie skupiając jej wzrok na sobie. Poczekała, aż istota wzbije się w powietrze, podleci do niej i niezgrabnie wyląduje obok. Potworzyca nachyliła się, wydała z siebie cichy pomruk, więc pogłaskała ją z czułością po długich, czarnych włosach pokrywających głowę. Wyszeptała jej imię, kończąc akt tworzenia. Spojrzała na krwawe resztki chłopaka leżące na zrytym piachu. Żałowała, że on nie mógł tego uczynić. Był za słaby i dlatego istota go zaatakowała.

Ale teraz nie miało to żadnego znaczenia.

Musiała wrócić do zamku, aby się nią pochwalić. Niebieskooki będzie z niej dumny, makfi natomiast obrzuci ją lodowatym wzrokiem i nic nie powie.

– Podążaj za mną – powiedziała, zamknęła oczy i wyszeptała nazwę miejsca.

Istota rozłożyła skrzydła pokazując światu swe obwisłe, suche piersi i brzuch. Chciała wznieść się w powietrze, lecz tajemna siła powstrzymała ją, owiała i porwała w czeluść ciemności.

Jedyne, co pozostało po skrzydlatym stworzeniu i jego pani, to ciche, delikatne jak drżenie liści, ostatnie wybrzmiałe słowa batini: Rag-Darg.  

Wejścia 3 Wejścia 18317
Total Page Visits: 664 - Today Page Visits: 3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *